czwartek, 19 listopada 2015

Prolog

Angela
Kto by pomyślał, że wyjazd w góry może być aż tak  beznadziejny? Tak, dokładnie, tylko ja trzymam głowę na karku. Za oknem  panuje okropna śnieżyca, a temperatura utrzymuje się na minusie, do tego okropna kałuża roztopionego śniegu gościła w naszej chatce tak często, jak to tylko możliwe, gdy ktoś pojawiał się w drzwiach od razu witał go mop, a na ośnieżone buty czekała szmatka, która zdążyła nasiąknąć już wodą, błotem, śniegiem i czym tam jeszcze mogła. Mój pobyt tutaj skupił się na fotelu położonym dość blisko kominka, pijąc gorącą czekoladę prawie zapominałam o tym całym koszmarze panującym za oknem. Nie miałam zamiaru tutaj być, jednak moi rodzicie, którzy są dość nadpobudliwi prawie wpakowali mnie do walizki jadąc tutaj. Nic nie ma tak pięknego jak rodzice, nauczyciele i ludzie, że szkoły, których po prostu nie cierpię i to w święta...
Carol
Prawie wpakowałem moich rodziców do walizki jadąc tutaj, to znaczy oni też bardzo chcieli tutaj być, ale byłem tak bardzo szczęśliwy i wstrząśnięty wyjazdem, że nie mogłem znieść ich powolnego "pakowania walizek" - jeżeli można to tak nazwać. Moi rodzący zawsze mieli wszystko poukładane, rzetelnie i równo, ich wyjazd musiał mieć plan, który pomagał im w zaspokojeniu potrzeb i organizacji czasu, nie wiem skąd u nich taka pilność, ja niestety taki nie jestem. Jedyną wspólną genetycznie cechą jest miłość do świąt bożego narodzenia. Mamy obsesje, podkreślam dwa razy, obsesje, przez co sąsiedzi w okresie świąt nie odwiedzają nas za często. Dobrym pomysłem było przyjechać tutaj i wraz z rodziną, nauczycielami, szkolnymi kolegami, pomodlić się wspólnie przed wigilijną kolacją...
Cornelia
Odgarnęłam włosy z twarzy i rozmarzyłam się w białym krajobrazie, w oddali dostrzegłam palące się latarnie, które migotały wśród nocy i rozjaśniały okolice powodując piękny urok całego widoku. Uwielbiałam dopatrywać się szczegółów wśród natury, jest to bardzo przyjemne doświadczenie, czasem znajdzie się coś dla siebie, czasem coś zaciekawi drugą osobę, możesz wtedy podzielić się z nią radością, jednak jestem tu sama, a według moich rodziców wyjazd tutaj będzie dla mnie okazją do nawiązania znajomości. Sami jednak ze mną tutaj nie przyjechali, mieli "pilną sprawę" - cokolwiek to oznacza. Nawet w wigilię nie znajdywali dla mnie czasu, pamiętam jedyne święta razem, byłam wtedy bardzo szczęśliwa, moi rodzice również. Teraz jednak moja mama ożeniła się z innym facetem i nie jest już tak pięknie. Rozłożyłam nogi na parapecie i oparłam czoło o zimną szybę śpiewając w ciszy "Last Christmas"...
Edward
Przeszukałem walizkę od deski do deski, przejrzałem również kurtki, w walizkach przyjaciół również ani śladu mojej miłości. Serce łomotało mi jak szalone i czułem jakby zaraz miało rozbić się na milion kawałków. Cały spocony, ignorując zawołania chłopaków do wspólnej zabawy w strzałki, biegałem jak szalony od góry do dołu. Gdzie moja kamera? Zadawałem sobie to pytanie odkąd tu jestem, to niemożliwe, że jej nie spakowałem, a zgubić też jej nie mogłem. Bez niej czuje się jak bez ręki, każdy wyjazd, każdą chwilę dokumentuje właśnie tą kamerę, a teraz kiedy jesteśmy wszyscy razem, w tym domku w górach, kiedy jest tyle okazji do zrobienia ciekawego materiału, ona - moja miłość. po prostu zniknęła i to w święta...
Celina
Pokój nauczycieli znajdował się na samym dole, dobrze trafić na pokój obok kogoś, kogo zna się od bardzo dawna i kocha się go szaleńczo, ale bez wzajemności i bez możliwości wyznania miłości z powodu zasad etykiety nauczyciela. Przecież jakby uczniowie zareagowali? A jak ich rodzice? Te pytania słyszę praktycznie co sobotę od mojej mamy, tak, własnej rodzonej matki. Kocham ją bardzo mocno, to ona pocieszała mnie w chwilach miłosnych, które zawsze kończyły się klęską, zdarzało się też, że jej rodzicielski instynkt podpowiadał, aby samej znaleźć męża dla córki, skończyło się to dramatycznie. Wycierałam ośnieżone buty, kiedy po plecach przeleciały mi miliony chłodnych dreszczy, gwałtownie odwróciłam głowę w stronę wiejącego wiatru, a moim oczom ukazał się on, stojący w drzwiach, trzymający choinkę. Niepokojąco wielką choinkę, której czubek ledwo mieścił się w chatce. A gdyby tak mnie wniósł na swoich boskich rękach, przez drzwi do sypialnego łóżka i...i to w święta...
Gregory
Ciężka praca popłaca! Ostatnim ruchem wyrwałem choinkę z rąk obleśnego grubasa, pomimo wielu okaleczeń na moim ciele z powodu kujących mnie igieł świerku, dałem radę donieść choinkę aż tutaj. Stojąc pewnie z drzewkiem podajże dwa razy większym ode mnie czułem się jak młody bóg, silny i piękny, niestety w oczach moich uczniów byłem tylko nauczycielem matematyki. Pierwiastki, wyrażenia algebraiczne to moja specjalność. Z rozmyśleń na temat moich boskich wdzięków wyrwała mnie Pani dyrektor, poczciwa kobieta. Ruchem ręki kazała odstawić mi choinkę na bok, ulżyło nie tylko mi, ale też i moim dłoniom, które właśnie teraz żyły własnym życiem i drżały niezależnie ode mnie. Jej oczy migotały wśród palącego się ogniska, a ja zapominając o nieośnieżonych jeszcze butach wtargnąłem na świeżo umytą podłogę i nim się spostrzegłem leżałem na brzuchem do góry, a ból w plecach wydobył z moich ust okropny krzyk. Wesoły początek świąt


czwartek, 17 września 2015

Królestwo piekieł

Powietrze było ciężkie i przyduszało zapachem ostrej siarki, głuchą ciszę momentami przerywały podejrzane echa, a w oddali widać było mieniące się światło. Każdy szedł równym tempem, a w oczach widać było tylko strach i żal. Dookoła pełno pojedynczych drzew, które zdawać się mogło dawno nie widziały liści, a ich gałęzie były kruche i bardzo łamliwe. Krocząc tak czułem jak przez moje ciało przeleciało setki złych odczuć, smutek, strach, pragnienie. Czy tak miał wyglądać mój koniec? Nie zastanawiałem się nad losem innych ludzi, martwiłem się o siebie i zdaje mi się, że każdy poparł by moje zdanie w tej sprawie. Robiło się coraz ciemniej, a zapalonych pochodni było coraz mniej, jednak pomimo tego dalej szliśmy w głąb otchłani ciemności. Czułem się jak więzień idący na swoją odsiadkę, co do tego bardzo precyzyjnie mógłbym opisać ten jakże nieprzyjemny stan. Nawiasem mówiąc pokoje więzienne są bardzo niewygodne. Większość ludu spuściła głowy w dół jakby oczekując na litość nieodwracalnej rzeczy jaką była śmierć. Ja inaczej do tego wszystkiego podchodziłem, wolałem rozglądać się i zapamiętać tyle ile się dało, ten tunel mógłby być najprzyjemniejszym z tych, które czają się nas w dalszej części Hadesu. Wyschnięta roślinność pokrywała ściany, a skały i głazy porośnięte był grzybem, którego zapach nie należał do najprzyjemniejszych. Ziemia, po której teraz stąpaliśmy stawała się coraz bardziej lepka i miękka z każdym krokiem. Pod wielkim drzewem, którego gałęzie sięgały w nieznane wysokości, wylegiwał się sturęki olbrzym, którego wielkie oczy podążały za nami wzrokiem krok w krok. Widząc tę przerośniętą bestię ludzie starali się jak najszybciej zgubić jego spojrzenie. Ze zwykłego "spaceru" przeszliśmy na marsz, który był prawie nie możliwy z powodu lepkiej i klejącej się ziemi. Doszliśmy do Acherontu, rzeki boleści. Patrząc teraz jedynie pod nogi nie zorientowałem się w porę, ze reszta ludzi zakończyła wędrówkę i wpatrywała się teraz w nieznaną mi dotychczas postać. Mój krok zakończył się gdy spostrzegłem wielki cień, który rozbudził mnie z zamysłu. Charon - syn nocy. Jego broda sięgała prawie, że do ziemi, a jego wyraz twarzy zwiastował, że nie będzie miło i przyjemnie. Za nim rozciągała się wielka rzeka Styksu, na której lekko kołysała się łódka gotowa przeprawić ludzkie dusze. Zauważywszy, że każdy z umarłych wyciąga z kieszeni obala, szybko się ocknąłem i również opróżniłem kieszeń z pieniądza. Podarowałem go Charonowi, którego dłoń była cała pokryta czarnym pisakiem. Powoli, po kolei wchodziliśmy do łodzi gotów na wyprawę, która zadecyduje o wszystkim. Rejs wiódł przez rozgałęzienie Styksu, rzekę Kokytosu, lamentu. Ciemne podziemie robiło się coraz chłodniejsze, a kobieta obok mnie drżała z zimna. Łódź zatrzymała się na środku kolejnej rzeki, która początek bierze od rzeki lamentu. Lete. Charon nakazał nam napić się z niej, a dusze spragnione wody natychmiast rzuciły się do napojenia. Zrobiłem to samo, a chwilę potem, nic. Nic, pustka. Nie wiem jak się tutaj znalazłem, pamiętam tylko tunel, pamiętam potwora o sturękach, ale nic po za tym. Kim byłem i czemu tu jestem? Nareszcie koniec długiej, dziwnej wyprawy, Charon przestał wiosłować i dobiliśmy do brzegu. Ogromny, trzygłowy pies, który pomimo swego wyglądu był bardzo uprzejmy, ale wiedziałem, że jednak po coś tu jest i nie należy go lekceważyć. Stanęliśmy przed trybunałem, który miał zadecydować o moim jak i pozostałym duszom losie. Trójka sędziów nie wyrażała łaski i ogłaszała srogie lub dobre wieści na temat jednej z dusz. Czekałem na swoją kolej dosyć długo, nie wiedziałem dokąd trafię, nie pamiętałem co było kiedyś, nie pamiętałem jak umarłem. Stojąc wyprostowany skierowałem wzrok ku sędziom i ich wyrok zadecydował o moim losie.
- Dusza pańska nie pamięta wyczynów na ziemi, lecz nasza pamięć jest długa. Tartar! - wypowiedział jednym płynnym zdaniem jeden z sędziów.
 Czy naprawdę byłem taki zły na ziemi? Razem z innymi duszami, które wraz ze mną podzielą cierpienie. Udaliśmy się do zamku boga podziemi, Hadesa jak i jego żony Persefony. Spoglądali na nas z zaciekawieniem, a Hades nawet uśmiechnął się lekceważąco. Jego ciemne oczy przypominały rzekę zapomnienia, pustka. A jego żona, piękna Persefona trzymając berło w lewej dłoni spoglądała z uwagą na przechodzące dusze, a jej włosy lekko powiewały. Przed nami otworzyło się wielkie przejście, gdzie nie było widać nic, jedynie głośne odgłosy, krzyki, płacz. Kazali nam skakać. Pogodzony z losem skoczyłem, a moje oczy ogarnął mrok. Erynie wydawały głośne dźwięki, a ich piekielny oddech czuć było z kilku metrów. Spadałem długo, aż w końcu poczułem twardą powierzchnię.
- To tutaj. - szepnąłem do siebie.
Obłąkane dusze odnoszące swoją karę piekielnie płakały i jęczały. Co zrobiłem za żywych, co sprowadziło mnie tutaj. Kery, wstrętne istoty czaiły się w czeluściach Tartaru na swoją ofiarę. Wszystko wydawało się takie nierealne. Czekałem na przydzielenie kary, która może być podpowiedzią do mojej przeszłości. Rozejrzałem się dookoła, a do oczu napłynęły mi łzy. Ciemność, brud, okropny zapach, a to wszystko już na zawsze. Pewien strażnik podarował mi zardzewiały już miecz i kazał zabijać wielkie pająki wychodzące z grot. Uznałem to za błahe wyzwanie, lecz się pomyliłem. Okropne, złe bestie wyłaniały się ze swych kryjówek nie znając końca, a ich przerażająco czerwone oczy wpatrywały się we mnie i czekały na atak. To jest moja wieczność. Ostatni raz spojrzałem się w górę, starając się dostrzec przynajmniej wiązkę światła lub kogoś kto mnie stąd uwolni, jednak moim oczom ukazały się tylko Kery, które złapały jedną z ofiar, dusza chciała wydostać się z męczarni, lecz potworne bestie uniemożliwiły ucieczkę. Dym ogniska osadzał się na ścianach podziemia, a ziemia była gorąca i bardzo błotnista. Tak już wygląda moja wieczność w Tartarze.