czwartek, 19 listopada 2015

Prolog

Angela
Kto by pomyślał, że wyjazd w góry może być aż tak  beznadziejny? Tak, dokładnie, tylko ja trzymam głowę na karku. Za oknem  panuje okropna śnieżyca, a temperatura utrzymuje się na minusie, do tego okropna kałuża roztopionego śniegu gościła w naszej chatce tak często, jak to tylko możliwe, gdy ktoś pojawiał się w drzwiach od razu witał go mop, a na ośnieżone buty czekała szmatka, która zdążyła nasiąknąć już wodą, błotem, śniegiem i czym tam jeszcze mogła. Mój pobyt tutaj skupił się na fotelu położonym dość blisko kominka, pijąc gorącą czekoladę prawie zapominałam o tym całym koszmarze panującym za oknem. Nie miałam zamiaru tutaj być, jednak moi rodzicie, którzy są dość nadpobudliwi prawie wpakowali mnie do walizki jadąc tutaj. Nic nie ma tak pięknego jak rodzice, nauczyciele i ludzie, że szkoły, których po prostu nie cierpię i to w święta...
Carol
Prawie wpakowałem moich rodziców do walizki jadąc tutaj, to znaczy oni też bardzo chcieli tutaj być, ale byłem tak bardzo szczęśliwy i wstrząśnięty wyjazdem, że nie mogłem znieść ich powolnego "pakowania walizek" - jeżeli można to tak nazwać. Moi rodzący zawsze mieli wszystko poukładane, rzetelnie i równo, ich wyjazd musiał mieć plan, który pomagał im w zaspokojeniu potrzeb i organizacji czasu, nie wiem skąd u nich taka pilność, ja niestety taki nie jestem. Jedyną wspólną genetycznie cechą jest miłość do świąt bożego narodzenia. Mamy obsesje, podkreślam dwa razy, obsesje, przez co sąsiedzi w okresie świąt nie odwiedzają nas za często. Dobrym pomysłem było przyjechać tutaj i wraz z rodziną, nauczycielami, szkolnymi kolegami, pomodlić się wspólnie przed wigilijną kolacją...
Cornelia
Odgarnęłam włosy z twarzy i rozmarzyłam się w białym krajobrazie, w oddali dostrzegłam palące się latarnie, które migotały wśród nocy i rozjaśniały okolice powodując piękny urok całego widoku. Uwielbiałam dopatrywać się szczegółów wśród natury, jest to bardzo przyjemne doświadczenie, czasem znajdzie się coś dla siebie, czasem coś zaciekawi drugą osobę, możesz wtedy podzielić się z nią radością, jednak jestem tu sama, a według moich rodziców wyjazd tutaj będzie dla mnie okazją do nawiązania znajomości. Sami jednak ze mną tutaj nie przyjechali, mieli "pilną sprawę" - cokolwiek to oznacza. Nawet w wigilię nie znajdywali dla mnie czasu, pamiętam jedyne święta razem, byłam wtedy bardzo szczęśliwa, moi rodzice również. Teraz jednak moja mama ożeniła się z innym facetem i nie jest już tak pięknie. Rozłożyłam nogi na parapecie i oparłam czoło o zimną szybę śpiewając w ciszy "Last Christmas"...
Edward
Przeszukałem walizkę od deski do deski, przejrzałem również kurtki, w walizkach przyjaciół również ani śladu mojej miłości. Serce łomotało mi jak szalone i czułem jakby zaraz miało rozbić się na milion kawałków. Cały spocony, ignorując zawołania chłopaków do wspólnej zabawy w strzałki, biegałem jak szalony od góry do dołu. Gdzie moja kamera? Zadawałem sobie to pytanie odkąd tu jestem, to niemożliwe, że jej nie spakowałem, a zgubić też jej nie mogłem. Bez niej czuje się jak bez ręki, każdy wyjazd, każdą chwilę dokumentuje właśnie tą kamerę, a teraz kiedy jesteśmy wszyscy razem, w tym domku w górach, kiedy jest tyle okazji do zrobienia ciekawego materiału, ona - moja miłość. po prostu zniknęła i to w święta...
Celina
Pokój nauczycieli znajdował się na samym dole, dobrze trafić na pokój obok kogoś, kogo zna się od bardzo dawna i kocha się go szaleńczo, ale bez wzajemności i bez możliwości wyznania miłości z powodu zasad etykiety nauczyciela. Przecież jakby uczniowie zareagowali? A jak ich rodzice? Te pytania słyszę praktycznie co sobotę od mojej mamy, tak, własnej rodzonej matki. Kocham ją bardzo mocno, to ona pocieszała mnie w chwilach miłosnych, które zawsze kończyły się klęską, zdarzało się też, że jej rodzicielski instynkt podpowiadał, aby samej znaleźć męża dla córki, skończyło się to dramatycznie. Wycierałam ośnieżone buty, kiedy po plecach przeleciały mi miliony chłodnych dreszczy, gwałtownie odwróciłam głowę w stronę wiejącego wiatru, a moim oczom ukazał się on, stojący w drzwiach, trzymający choinkę. Niepokojąco wielką choinkę, której czubek ledwo mieścił się w chatce. A gdyby tak mnie wniósł na swoich boskich rękach, przez drzwi do sypialnego łóżka i...i to w święta...
Gregory
Ciężka praca popłaca! Ostatnim ruchem wyrwałem choinkę z rąk obleśnego grubasa, pomimo wielu okaleczeń na moim ciele z powodu kujących mnie igieł świerku, dałem radę donieść choinkę aż tutaj. Stojąc pewnie z drzewkiem podajże dwa razy większym ode mnie czułem się jak młody bóg, silny i piękny, niestety w oczach moich uczniów byłem tylko nauczycielem matematyki. Pierwiastki, wyrażenia algebraiczne to moja specjalność. Z rozmyśleń na temat moich boskich wdzięków wyrwała mnie Pani dyrektor, poczciwa kobieta. Ruchem ręki kazała odstawić mi choinkę na bok, ulżyło nie tylko mi, ale też i moim dłoniom, które właśnie teraz żyły własnym życiem i drżały niezależnie ode mnie. Jej oczy migotały wśród palącego się ogniska, a ja zapominając o nieośnieżonych jeszcze butach wtargnąłem na świeżo umytą podłogę i nim się spostrzegłem leżałem na brzuchem do góry, a ból w plecach wydobył z moich ust okropny krzyk. Wesoły początek świąt


czwartek, 17 września 2015

Królestwo piekieł

Powietrze było ciężkie i przyduszało zapachem ostrej siarki, głuchą ciszę momentami przerywały podejrzane echa, a w oddali widać było mieniące się światło. Każdy szedł równym tempem, a w oczach widać było tylko strach i żal. Dookoła pełno pojedynczych drzew, które zdawać się mogło dawno nie widziały liści, a ich gałęzie były kruche i bardzo łamliwe. Krocząc tak czułem jak przez moje ciało przeleciało setki złych odczuć, smutek, strach, pragnienie. Czy tak miał wyglądać mój koniec? Nie zastanawiałem się nad losem innych ludzi, martwiłem się o siebie i zdaje mi się, że każdy poparł by moje zdanie w tej sprawie. Robiło się coraz ciemniej, a zapalonych pochodni było coraz mniej, jednak pomimo tego dalej szliśmy w głąb otchłani ciemności. Czułem się jak więzień idący na swoją odsiadkę, co do tego bardzo precyzyjnie mógłbym opisać ten jakże nieprzyjemny stan. Nawiasem mówiąc pokoje więzienne są bardzo niewygodne. Większość ludu spuściła głowy w dół jakby oczekując na litość nieodwracalnej rzeczy jaką była śmierć. Ja inaczej do tego wszystkiego podchodziłem, wolałem rozglądać się i zapamiętać tyle ile się dało, ten tunel mógłby być najprzyjemniejszym z tych, które czają się nas w dalszej części Hadesu. Wyschnięta roślinność pokrywała ściany, a skały i głazy porośnięte był grzybem, którego zapach nie należał do najprzyjemniejszych. Ziemia, po której teraz stąpaliśmy stawała się coraz bardziej lepka i miękka z każdym krokiem. Pod wielkim drzewem, którego gałęzie sięgały w nieznane wysokości, wylegiwał się sturęki olbrzym, którego wielkie oczy podążały za nami wzrokiem krok w krok. Widząc tę przerośniętą bestię ludzie starali się jak najszybciej zgubić jego spojrzenie. Ze zwykłego "spaceru" przeszliśmy na marsz, który był prawie nie możliwy z powodu lepkiej i klejącej się ziemi. Doszliśmy do Acherontu, rzeki boleści. Patrząc teraz jedynie pod nogi nie zorientowałem się w porę, ze reszta ludzi zakończyła wędrówkę i wpatrywała się teraz w nieznaną mi dotychczas postać. Mój krok zakończył się gdy spostrzegłem wielki cień, który rozbudził mnie z zamysłu. Charon - syn nocy. Jego broda sięgała prawie, że do ziemi, a jego wyraz twarzy zwiastował, że nie będzie miło i przyjemnie. Za nim rozciągała się wielka rzeka Styksu, na której lekko kołysała się łódka gotowa przeprawić ludzkie dusze. Zauważywszy, że każdy z umarłych wyciąga z kieszeni obala, szybko się ocknąłem i również opróżniłem kieszeń z pieniądza. Podarowałem go Charonowi, którego dłoń była cała pokryta czarnym pisakiem. Powoli, po kolei wchodziliśmy do łodzi gotów na wyprawę, która zadecyduje o wszystkim. Rejs wiódł przez rozgałęzienie Styksu, rzekę Kokytosu, lamentu. Ciemne podziemie robiło się coraz chłodniejsze, a kobieta obok mnie drżała z zimna. Łódź zatrzymała się na środku kolejnej rzeki, która początek bierze od rzeki lamentu. Lete. Charon nakazał nam napić się z niej, a dusze spragnione wody natychmiast rzuciły się do napojenia. Zrobiłem to samo, a chwilę potem, nic. Nic, pustka. Nie wiem jak się tutaj znalazłem, pamiętam tylko tunel, pamiętam potwora o sturękach, ale nic po za tym. Kim byłem i czemu tu jestem? Nareszcie koniec długiej, dziwnej wyprawy, Charon przestał wiosłować i dobiliśmy do brzegu. Ogromny, trzygłowy pies, który pomimo swego wyglądu był bardzo uprzejmy, ale wiedziałem, że jednak po coś tu jest i nie należy go lekceważyć. Stanęliśmy przed trybunałem, który miał zadecydować o moim jak i pozostałym duszom losie. Trójka sędziów nie wyrażała łaski i ogłaszała srogie lub dobre wieści na temat jednej z dusz. Czekałem na swoją kolej dosyć długo, nie wiedziałem dokąd trafię, nie pamiętałem co było kiedyś, nie pamiętałem jak umarłem. Stojąc wyprostowany skierowałem wzrok ku sędziom i ich wyrok zadecydował o moim losie.
- Dusza pańska nie pamięta wyczynów na ziemi, lecz nasza pamięć jest długa. Tartar! - wypowiedział jednym płynnym zdaniem jeden z sędziów.
 Czy naprawdę byłem taki zły na ziemi? Razem z innymi duszami, które wraz ze mną podzielą cierpienie. Udaliśmy się do zamku boga podziemi, Hadesa jak i jego żony Persefony. Spoglądali na nas z zaciekawieniem, a Hades nawet uśmiechnął się lekceważąco. Jego ciemne oczy przypominały rzekę zapomnienia, pustka. A jego żona, piękna Persefona trzymając berło w lewej dłoni spoglądała z uwagą na przechodzące dusze, a jej włosy lekko powiewały. Przed nami otworzyło się wielkie przejście, gdzie nie było widać nic, jedynie głośne odgłosy, krzyki, płacz. Kazali nam skakać. Pogodzony z losem skoczyłem, a moje oczy ogarnął mrok. Erynie wydawały głośne dźwięki, a ich piekielny oddech czuć było z kilku metrów. Spadałem długo, aż w końcu poczułem twardą powierzchnię.
- To tutaj. - szepnąłem do siebie.
Obłąkane dusze odnoszące swoją karę piekielnie płakały i jęczały. Co zrobiłem za żywych, co sprowadziło mnie tutaj. Kery, wstrętne istoty czaiły się w czeluściach Tartaru na swoją ofiarę. Wszystko wydawało się takie nierealne. Czekałem na przydzielenie kary, która może być podpowiedzią do mojej przeszłości. Rozejrzałem się dookoła, a do oczu napłynęły mi łzy. Ciemność, brud, okropny zapach, a to wszystko już na zawsze. Pewien strażnik podarował mi zardzewiały już miecz i kazał zabijać wielkie pająki wychodzące z grot. Uznałem to za błahe wyzwanie, lecz się pomyliłem. Okropne, złe bestie wyłaniały się ze swych kryjówek nie znając końca, a ich przerażająco czerwone oczy wpatrywały się we mnie i czekały na atak. To jest moja wieczność. Ostatni raz spojrzałem się w górę, starając się dostrzec przynajmniej wiązkę światła lub kogoś kto mnie stąd uwolni, jednak moim oczom ukazały się tylko Kery, które złapały jedną z ofiar, dusza chciała wydostać się z męczarni, lecz potworne bestie uniemożliwiły ucieczkę. Dym ogniska osadzał się na ścianach podziemia, a ziemia była gorąca i bardzo błotnista. Tak już wygląda moja wieczność w Tartarze.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Rozdział.1.

 Pamiętam swój pierwszy, profesjonalny koncert, byłam wtedy najszczęśliwszą osobą na świecie. Emocje jakie doznawałam na scenie i po za nią były nie do opisania, lecz nie okazywałam tego w żaden sposób.  Nie dzieliłam się z nikim moimi przeżyciami, wszystko tłumiłam głęboko w sobię i nie chcialam pokazać, że to wszystko wpłynęło na mój świat, chciałam żeby wiedzieli, że ja od zawsze byłam zdolna do takich wyczynów i urodziłam się po to aby być na scenie, śpiewać, lśnić i dzielić się swoim talentem z innymi. Od dzieciństwa marzyłam o tym aby zostać piosenkraką i wiedziałam, że uda mi się to zrelizować, byłam pewna swoim przekonaniom i zawsze do nich uparcie dążyłam. Pewność siebie - to był mój znak rozpoznawczy, nikt, ale to nikt nie był w stanie mnie przyćmić, musiałam być zawsze najlepsza. Triumfowałam, nie zawsze uczciwie, ale mimo to sprawiało mi to radość. Teraz gdy o tym myślę łzy napływają mi do oczu, ile ludzi skrzywdziłam na swojej drodze, abym to ja była najlepsza, najjaśniejsza z pośród wszystkich gwiazd na niebie. Nie doceniałam darów jakie otrzymywałam, nie doceniałam swojego życia, nie zwracałam uwagii jak piękny może być świat kiedy się na chwile zatrzyma, rozłorzy ręcę i pozwoli aby wiatr unosił go ponad chmury. Sekundy dzieliły mnie do koncertu. Za sceną słychać już było okrzyki fanów wiwatujących moje imię, muzyka dla moich uszu. Radość, która mnie obezwładniła pozwalała na chwilę odpocząć od stresu, uczucia nienależącego do najprzyjemniejszych, ale takiego, z którym można walczyć. Pozwoliłam ciepłemu dreszczu przejść przez moje ciało, w danej chwilii dopuszczałam do siebie wszystkie przyjemne uczucia, aby anulować te złe. Poprawiłam lekko blond loki i odetchnęłam głęboko, trzymając w ręku złoty mikrofon, przyłożyłam go do ust i wydałam z siebie cichy odgłos. Mikrofon działa sprawnie. Zebrali się tancerze, zaraz po nich przyszli pozostali członkowie ekipy, bez których ta trasa koncertowa w ogóle by nie powstała, a ja siedziałabym teraz na nie zbyt wygodnym fotelu oglądając telenowele i  zajadając moje ulubione serowe chrupki, w sumie zatęskniłam za tym. Tina - tancerka, a także moja przyjaciółka, w każdym tego stopnia znaczeniu, wysunęła ręke przed siebie, na jej nadgarstku widniał tatuaż " my world, my dance". Dość amatorski, zrobiony przez ulicznego gangstera, w którym Tina zakochała się na zabój. Wiedziałam o skutkach tej znajomości, ale nic, ale to nic nie przemówi jej do rozumu. Fioletowe włosy zwinięte gumką w dwa małe koczki, z pod których wylatywały pojedyńcze kosmyki włosów. Ubrana w czarny top, złotą marynarkę oraz najzwyklejsze jeansy, które zdobił akcent malutkich srebrnych krzystałków. Spodnie były na nią odrobine za ciasne, ale uważała, że przynoszą jej szczęście na scenie. Dziewczyna dała mi do zrozumienia, że chcę podać mi dłoń, ścisnęłem delikatnie jej nadgarstek i szeroko się uśmiechnęłam. Wszyscy skierowali swe kroki ku scenie ja także. Im bliżej sceny, tym odgłosy wiwatujących fanów się nasilały, przymrużyłam oczy na skutek oślepiającego blasku reflektora, odetchnęłam raz jeszcze i stanęłam na środku wielkiej sceny. Teraz machałam do publiczności, a oni podnosili wysoko ręce jakby chcieli wznieść się ku górze i znaleźć się obok mnie. Wtedy rozległa sie muzyka, a tłum oszalał.
Po koncercie byłam bardzo wyczerpana, chciałam jak najszybciej dojechać do hotelu. Biały puch utrzymywał się na drogach i zdawać się mogło, że jest go coraz więcej, mimo że co chwilę ktoś go zgarniał. Limuzyna jeszcze nie ruszyła, czekaliśmy na Tinę, która nigdy nie jest na czas. Przez zaciemnione okno pojazdu dostrzegłam kilkoro dzieciaków, które  zawzięcie lepiły bałwana. Na mojej twarzy natychmiast zawitał szeroki uśmiech. Bez chwili wahania wysiadłam z wozu i skierowałam swoje kroki w stronę dzieci.
 - Zostaw naszego bałwana. - wyrwał natychmiast chłopczyk o dość papuśnej twarzy i blond loczkach, które wystawały z pod czerwonej czapki z pomponem.
- Nie mam zamiaru go niszczyć. - oznajmiłam, posyłając mu ciepły uśmiech.
- W takim razie czego chcesz? - zapytał dość chamsko.
Nie zaaregowałam, uśmiech nie znikał z mojej twarzy, nawet chamska odzywka tego smarkacza nie spowodowała zmiany mojego nastroju. Pozostałe dzieci nie zwracając na mnie zbytniej uwagii dalej kontynuowały rzeźbienie bałwana. Zchyliłam się aby zgarnąć garstkę białego puchu, zimno przewszywało moje dłonie, ale zdołałam utrzymać go przez chwilę aby móc doklepać śnieg do głowy bałwana. Dzieci spojrzały na mnie i na ich twarzach zawitał uśmiech, tylko ten mały blondyn cały czas wydawał się być jakiś obrażony. Przede mną stanęła mała dziewczyna o biegowatej buźce i długich rudych warkoczykach, które wystawały z różowej czapeczki, dokładnie opatulona białym szalikiem i zapięta po samą szyję różową kurteczką we wzorki. Wysunęła malutka rączkę i złapała moją dłoń. - Jestem Mia. - przedstawiła się dziewczynka. Ścisnęłam lekko jej dłoń, bałam się, że mogę pokruszyć jej te chudziutkie kości.
- Ja jestem Ludmiła, miło mi cię poznać. - odpowiedziałam czując jak na mojej twarzy poszerza się uśmiech.
- Ta Ludmiła? - zapytała wytrzeszczając oczy.
 W tej chwili uśmiech zniknął. No tak, miałam nadzieję, że chociaż grupa dzieci mnie nie rozpozna i będę mogła w spokoju ulepić z nimi bałwana.- Co masz na myśli mówiąc "ta"? - udawałam głupią.
Wzrok wszystkich dzieci skupił się na mnie, teraz raczej nie będzie radośnie.
- Mogę autograf? - zapytała inna dziewczynka, o blond wlosach prostych jak drut.
Zdziwiło mnie zaopatrzenie dzieci w kartki i dlugopisy, jakby wiedzieli, że tutaj będę, a może to banda dzieci, która poluje na gwiazdy i kolekcjonuje ich autografy. Jestem zmęczona, w mojej głowie plączą się głupoty. Po rozdaniu dla każdego dzieciaka autografu, nawet dla chłopca, którego twarz z początku przedstawiała poirytowanie, a teraz niewinnego bobasa, zaczęłam powoli oddalać się w stronę limuzyny. Poczułam jak ktoś lub coś uderza mnie w plecy. Po chwili zorientowałam się, że była to kulka śnieżna, odwróciłam się gwałtownie i zobaczyłam Tinę, która właśnie sięgała po kolejną garstkę białego puchu, byłam szybsza, schyliłam się aby zgarnąć trochę śniegu dla siebie i natychmiast rzuciłam ją w stronę fiolotowo włosej dziewczyny, mój cel byl tak niezawodny, że wtrafiłam w oponę od samochodu. Tina zaśmiała się głośno, a jej głos rozniósł się po całej okolicy. Dziewczyna dała mi do zrozumienia, że pora wsiąść do pojazdu. Obejrzałam się za siebie, dzieci dalej zachwycały się moją osobą, co chwilę ktoś do nich podchodził, a oni wskazywali na mnie palcem. Przyśpieszyłam kroku i wsiadłam do limuzyny. Czułam jak na moich plecach topnieje śnieg, zignorowałam to, nie fatygowałam się teraz małostkami. Tina zauważyła, że biała plama wciąż trzyma się na moim płaszczu, zaśmiała się cicho. - Nieźle cię urządziłam.
- Dopadne cię kiedyś. - odpowiedziałam chichocząc.
Tak wyglądała nasza rozmowa, krótki dialog i każda zajmuje się swoimi sprawami. Śmiech nasuwał mi się na usta, kiedy Tina mówiła o nas jak o prawdziwych przyjaciółkach. Doskonale zdaje sobię sprawę z tego, że moja "przyjaciółka" jest ze mną dla rozgłosu. Raz chciała abym wypromowała tatuażyste, tego gangstera, na którego leci. Oczywiście się nie zgodziłam. Akceptuje ją, bo jest jedyną osobą, z którą mogę porozmawiać w tym świecie show biznesu. Dojechaliśmy do hotelu. Natychmiast się rozebrałam i wskoczyłam pod prysznic. Zimna woda oblewała moje ciało, a ja czułam jak gęsie skórka rozchodzi się po całym ciele, przekręciłam gałkę na kolor czerwony i natychmiast opanował mnie ciepły dreszcz. Ciepły prysznic - to coś czego dzisiaj najbardziej potrzebowałam. Po kąpieli dosłownie wskoczyłam do łóżka i otuliłam się ciepłą pościelą, wtuliłam wilogtną głowę w poduszkę i nie wiedząc kiedy pograżyłam sie w głębokim śnie. Śnił mi się stół wigilijny, a przy nim siedziała moja mama, zaraz tam też jest mój tata, babcia, ciocia, wujek i pozostali członkowie rodziny. Byli zajęci konwersacją, a ja siedziałam przy kominku ogrzewając dłonie. Moją uwagę przykuł, wcześnie nie zauważony prze ze mnie mężczyzna, który stał w rogu chatki, a w ręku trzymał dość duży prezent. Wymienilyśmi spojrzenia, a on jakby zeszytwniał, ja też siedziałam nieruchomo. Ciszę przerwało głośne stukanie w drzwi, chłopak uśmiechnął się szyderczo, cały czas na mnie spoglądał, piękny sen powoli zamieniał się w koszmar. Drzwi otworzyły się z rozmachem, a ciepłe pomieszczenie wypełnił lodowaty wiatr, śnieg przedostał się przez drzwi i wleciał do środka. Jednak to nie był koniec, flesz aparatu mnie oślepiał i zasłaniał paparazzi, którzy wprosili się do chatki. Było ich coraz więcej, śnieg powoli zasypywał wnętrze. Żaden z domowników nawet nie kiwnął palcem żeby coś zrobić, tajemniczy facet cały czas spoglądął na mnie swoim przerażającym spojrzeniem, zaczęłam krzyczeć. Ze snu wyrwał mnie dzwięk budzika, którego zapomniałam wyłączyć. Usiadłam na łóżku dysząc i drżąć, moje ciało był całe mokre. - koszmar. - szepnęłam do siebie. Wstałam aby przemyć spoconą twarz. W pokoju było bardzo zimno, dopiero po chwili zorienotwałam się, że okno jest otwarte na rościesz, pośpiesznie je zatrzasnęłam, może nawet za mocno. Powędrowałam do łazienki, blade światło  przypomniało mi dzisiejszy koszmar, odetchnęłam. Odkręciłam wodę i pozwaliłam aby zimna woda oblewała moje dłonie, przemyłam lekko twarz i wytarłam białym ręczniczkiem. Szybko wróciłam do łóżka i opatuliłam się po samą szyję pościelą. Koszmar był bardzo realny, cały czas przechodzi  mnie dreszcz gdy myślę o tym facecie, który nie spuszczał ze mnie oka. Zamknęłam oczy i chciałam jak najszybciej zasnąć, ale bałam się, że sen wróci. Była godzina 4:00 rano, miałam ochotę wrócić do domu, prawdziwego domu. Pokój był przepełniony ciemnością, nic nie widziałam, zapaliłam lampkę nocną i ponownie usiadłam na łóżku. Sięgnęłam po kosmetyczkę leżącą w małej szafeczce i wyjęłam z niej kilka kosmetyków, których nigdy nie używałam. Kosmetyczka była wyposażona w małe lusterko, spojrzałam na siebie i odgarnęłam włosy do tyłu. Pomalowałam się tak, jak nigdy bym nie chciała sie pomalować, ponownie przyglądałam się sobie w lusterku, wyglądałam zupełnie, jak nie ja i dobrze. Z szafy na ubrania wygrzebałam stare ciuchy, których dawno nie widziałam na oczy, błyskawicznie się ubrałam i zaczęłam szukać najważniejszej części przebrania, peruki. Zapaliłam świało w pokoju i od razu na oczy rzuciła mi się brązowa peruka, która wystawała z szuflady, wyjęłam ją i delikatnie rozczesałam. Nałorzyłam siatkę na zwinięte blond włosy i załorzyłam perukę. Przejrzałam się w lustrze, wyglądałam paskudnie, o to mi właśnie chodziło. Jak najszybciej spakowałam wszystkie swoje ciuchy do walizek i wymknęłam się z hotelu. O dziwno nikt mnie nie zauważył. Na dworze było bardzo zimno, śnieg już nie padał, ale i tak było go bardzo dużo. Szłam powoli i niepewnie, bojąc się, że w każdej chwili ktoś może mnie rozpoznać. przyśpieszyłam kroku i znalazłam się na peronie. Miałam szczęście, że pociąg odjeżdża o 4:57. Usiadłam na złotej walizce, była stablina i można było spokojnie na niej siedzieć. Wybiła godzina 4:50, pociag niedługo będzie. Modliłam się w duchu, zeby nikt mnie nie rozpoznał. Oprócz mnie na peronie było tylko dwoje ludzi, żaden wzrok się na mnie nie zatrzymywał, byłam podekscytowana. Miałam w głowie skutki tego wyjazdu, ale nie zadręczałam się teraz nimi. Myślałam tylko o tym żeby w spokoju dojechać do rodzinnego domu. Kilka minut później pociąg przyjechał, był punktualnie, co mnie zdziwiło. Ludzie wychodzący z przedziałów nie zwracali na mnie uwagii, starałam się zachowywać naturalnie. W końcu weszłam do środka i zajęłam swoje miejsce, było bardzo ciepło, a w powietrzu było czuć nieprzyjemny zapach potu. W przeciwieństwie do peronu, w pociągu było bardzo tloczno, każdy człowiek starał się zająć dla siebie jakieś miejsce oraz mieć gdzie schować walizki. Serce biło mi jak oszalałe, kiedy pewien rosły mężczyzna dziwnie spoglądał na mnie. Rozpoznali mnie, to koniec, takie jest życie. Jednak po chwili znowu odetchnęłam z ulgą, facet przyglądał się obrazkowi za mną, nawet nie fatygowałam się na niego spojrzeć. Wyjęłam z torebki czasopismo i przeglądałam kolorowe strony, w końcu pociąg ruszył. Będę w domu na Święta.
__________________________________
Rozdział miał się ukazać wczoraj, ale wyszło jak wyszło.
Jedyneczka jeszcze niewiele mówi, czekajcie na rozdział drugi.


poniedziałek, 10 listopada 2014

Prolog

Biały puch otulił całe miasteczko -  to tak jakby ktoś zrzucił wielki, przejżyście biały płaszcz, który zakrył ulice i domy w mieście. Białe okruchy spadały z nieba, opadając delikatnie na idealnie gładką pieżynę. Ścieżki były już wydeptane, głównie przez dzieci cieszące się pierwszymi opadami śniegu, ale zostały też takie, które w żaden sposób nie zostały naruszone i błyszczały się niczym maleńkie brylanciki zebrane w kupkę. Lampki na domach lśnią niczym gwiazdy na niebie, które rozświetlają cały ten piękny krajobraz, a w sklepach aż roi się od przepięknych dekoracji świątecznych, które uzdobią każde mieszkanie. Od bałwanków z porcelany, po renifery z drewna. W powietrzu czuć unoszący się zapach biszkoptu roznoszący się po okolicy. Dorośli mają pełne ręce roboty, ale na ich twarzach często wita uśmiech, w tym okresie każdy powinien sie uśmiechać.
- dałabym wszystko za święta z rodziną.
- a tu czegoś Ci brakuje?
- tak, magii świąt.
- serio wierzysz w bajki?
- a gdybym wierzyła?
- sama sobię odpowiedz na to pytanie.
Nic nie odpowiedziała, odgarnęła blond kosmyk włosów za ucho i przyglądała się białemu krajobrazowi za oknem.
___________________
Tak zapowiada się prolog, nie będę się tu o nim rozpowiadał, wy ocenicie.
Wiem, wiem, że do świąt jeszcze może i daleko, ale ja zawsze bardzo szybko zaczynam przygotowania do Bożego Narodzenia.
Rozdział. 1 pojawi się może nie tak prędko, ale w następnym tygodniu powinien być.

niedziela, 9 listopada 2014

Cześć, cześć, cześć

Witajcie na moim nowym blogu, poświęconemu moim wypocinom, inaczej mówiąc opowiadaniom. Nie jestem wstanie teraz napisać o czym on będzie, ale pojawią się tutaj publikacje mojego autorstwa. Proszę nie spodziewać się tutaj zbyt często postów, nie mam za wiele czasu, a chciałbym mieć dobre oceny oraz znaleźć czas na pisanie. Tak więc jedno pogodze z drugim, ale czasu nadla mało. Witam was jeszcze raz i do następnego wpisu.
                                                                                                                            Inoffensif.